22 grudnia 2014

Autostopem przez Polskę, czyli mój znajomy obieżyświat.

       Polska to kraj ciągle rozwijający się, pełen kontrastów i tradycji, a przy tym obfitujący w cudowne krajobrazy i zamieszkiwany przez kreatywnych ludzi.
Dzisiejsza notka to wywiad poświęcony mojemu znajomemu, a raczej jego pasji podróżowania po ojczyźnie.
  Zapraszam do przeczytania.

- Witaj, Krzysztofie.
- Cześć.
- Z tego, co wiem, podróżujesz autostopem. Ile polskich miejscowości już zwiedziłeś?
- Około pięćdziesięciu, licząc wszystkie przystanki.
- Wymień niektóre z nich. Co Cię w nich zaciekawiło?
- Najczęściej były to małe wioski. Ciekawe było to jak ludzie reagowali na osoby jeżdżące "na stopa".
- Jakie to były reakcje? Pozytywne czy raczej negatywne?
- Raczej pozytywne, a przynajmniej ja nie uznałem ich za negatywne. Chociaż był jeden wyjątek - mężczyzna nie chciał mi pomóc i wskazać kierunku.
- To nieładnie z jego strony, aczkolwiek ciężko mu się dziwić, skoro Cię nie znał.
- To możliwe.
- Powiedz, co wynosisz z takich podróży? Jakieś nowe doświadczenia, umiejętności?
- Nauczyłem się odnajdywać kierunek, komunikować z ludźmi. Poznałem także ciekawe osoby, pozwiedzałem i dowiedziałem się, że takie podróże łatwo jest zorganizować i nie są tak straszne jak się wydaje.
- Mam przez to rozumieć, że zamierzasz nadal podróżować w ten sposób? Nie nudzi Cię to?
- Nie nudzi, bo zawsze trafiam na nowych ludzi, a rzadziej zdarza się, że spotykam znajomych. Poza tym, jest jeszcze tak wiele miejsc do odwiedzenia i wątpię, żeby tak szybko mi się to znudziło.
- Czy to, co robisz, można nazwać pasją? Czujesz się tak, jakby podróżowanie było Twoim hobby?
- Podróże tak, ale sam sposób "na stopa" niekoniecznie. Podróżuję w ten sposób, gdy nie stać mnie na bilety, bądź gdy mam taki kaprys.
- Dziękuję za udzielenie mi wywiadu i życzę powodzenia w dalszych podróżach.
- Dziękuję.

21 sierpnia 2014

[YURI] Ku Wschodzącemu Słońcu.



- Przestań! N-nie idź…
- Nadszedł na to czas. – powiedziała cicho wysoka blondynka, całując w policzek stojącą obok niej zielonooką brunetkę – Wszystko będzie dobrze.
- Szczerze w to wierzysz? – zakpiła zielonooka –  Poza tym, nic jej nie mówiłam na ten temat… Nawet nie wie całej prawdy o mnie… O nas!
- Nic nie szkodzi. Dowie się ode mnie.
- Ale... Czekaj!
Nie zdążyła nic więcej dodać. Wyższa dziewczyna wybiegła z pokoju. Brunetka została sama. Stała zszokowana, wpatrując się w drzwi.
- I co teraz..?
***

   Rozległo się ciche pukanie.
- Proszę wejść! – kobieta spojrzała znad dokumentów na wchodzącą dziewczynę.
- Dzień dobry, pani Williams.
- Ach, przestań z tą „panią”. Mów mi po imieniu, Carmen – uśmiechnęła się przyjaźnie.
Blondynka nie dała się zwieść tej sztucznej grzeczności. Dobrze wiedziała, na co stać Marię Williams – notariuszkę pracującą w jednej z kancelarii w Anglii. Blondynka przekonała się, jaka jest Maria naprawdę, kiedy kilka lat wcześniej spędziła trzy dni zamknięta w piwnicy w jej domu - była torturowana, upokarzana i zmuszana do perwersyjnych zabaw. Żaden z domowników o tym nie wiedział, nikt niczego nie słyszał. A przynajmniej tak miało być. Po tym czasie kobieta, jak gdyby nigdy nic, wypuściła dziewczynę i kazała jej wracać do domu. Poza tym, Carmen wiedziała, że notariuszka znęca się psychicznie nad swoją córką-medium. Mimo szczerej nienawiści i chęci rozstrzelania kobiety, Carmen zmusiła się do zachowania zimnej krwi – od tej rozmowy zależało wiele, w szczególności jej misternie ułożony plan.
- Co cię do mnie sprowadza, moje dziecko? Czyżby Amelia znów naopowiadała ci głupot? Niby widzi zmarłych, a na dodatek ostatnio rozmawiała z moją teściową! - roześmiała się ironicznie - A może przyszłaś w sprawie prywatnej?
- Cóż, dzisiejsza rozmowa będzie dotyczyć kilku spraw. Mam nadzieję, że masz trochę czasu. - powiedziała blondynka, siląc się na przybranie jak najbardziej obojętnego tonu.
- Dla ciebie? Zawsze! Poza tym, już miałam wychodzić. Trzydzieści pięć aktów do sporządzenia, szef będzie zadowolony! - przeciągnęła się, wstając z fotela.
Po chwili obie wyszły.

 ***

- A więc to jest ta twoja oaza spokoju... - powiedziała Maria, rozglądając się - Tak jak myślałam, czysty minimalizm. Pięknie tu, mogłabyś zostać dekoratorką wnętrz, wiesz? Jestem pewna, że zarabiałabyś krocie!
- Zamiast podziwiać mieszkanie, skupiłabyś się lepiej na naszej rozmowie. Wiesz dobrze, ile dla mnie znaczy Amelia. Nie chcę, żebyś się nad nią znęcała, rozumiesz? Nie chcę tego. Możesz sobie robić z innymi co chcesz, ale jej nie dam ci krzywdzić.
- Hę? To prawda, że jestem surową i wymagającą matką... ale żeby od razu mówić o znęcaniu? Przecież nic jej nie robię. Nie biję jej, nie gwałcę, nie odurzam. Pozwalam jej robić to, na co ma ochotę. Zapewniam dach nad głową i pożywienie. Czy to źle, że egzekwuję od niej posłuszeństwo? - odparła kobieta.
- Nie chrzań! Dobrze wiesz, że jest bliska załamaniu, a ty, zamiast jej pomóc, tylko bezczelnie wykorzystujesz sytuację! Co z ciebie za matka?! - opanowanie Carmen w jednej chwili zniknęło.
Maria histerycznie się zaśmiała. Jej oczy lśniły blaskiem. Blaskiem, za którym kryło się szaleństwo.
- Myślisz, że możesz mówić mi, co mam robić? Wytykać mi błędy? Narzucać sposób działania? Mylisz się, złotko. - kobieta podeszła do blondynki. Przesunęła dłonią po jej policzku, potem musnęła usta, zatrzymując się na gardle. Zaczęła dusić dziewczynę.
- Jesteś piękna, a ja doceniam prawdziwe piękno. Mogłabyś zostać moją kochanką, wiesz? Szkoda, że tak nie będzie. - notariuszka wzmocniła uścisk, po czym uśmiechnęła się.
Carmen zaczynała już odpływać. Mozolnie wyciągnęła rękę, by sięgnąć po nóż leżący na stoliku. Udało jej się. Resztkami sił zadała cios Marii. Kobieta wykrzywiła twarz w grymasie bólu, po czym osunęła się na dywan. Blondynka łapczywie nabierała powietrza do ust. Po chwili doszła do siebie i sprawdziła puls notariuszki. Przerażona Carmen wybiegła z mieszkania, zabierając ze sobą oszczędności i dokumenty.
 Sprawy przybrały niezamierzony obrót.


 ***

    Był późny wieczór. Większość przechodniów czym prędzej udawała się do własnych domów, aby schronić się przed zimnem. Prawie opustoszałą ulicą biegła dziewczyna. Biegła, nie zważając na nic i na nikogo. Zatrzymała się przed jakimś domem. Zapukała. Ktoś otworzył. Weszła do środka.
- Carmen... Czym zasłużyliśmy sobie na tak późną wizytę? - Johann zdawał się być zaniepokojony. 
- Dobry wieczór. Mam sprawę do Amelii. Nie śpi jeszcze? - Carmen zdziwiła się spokojnym tonem głosu, którym wypowiedziała te słowa.
- Nie, chyba czyta książkę. Jest w swoim pokoju. - odparł mężczyzna.
- Dziękuję... i dobranoc. - dziewczyna wbiegła schodami na wyższe piętro domu. Cała drżała. Od dawna pałała nienawiścią do notariuszki i nieraz miała ochotę ją zabić, ale mimo to nigdy nie była w stanie wyobrazić sobie, że to robi. Zapukała do drzwi pokoju Amelii. 
- Co ty tu robisz? - dziewczyna zdziwiła się, widząc swoją partnerkę.
- Am, ja... Ja... Zabiłam twoją matkę... - wyszeptała Carmen, trzęsąc się.
- J-jak to? Co ty gadasz? Nie wygłupiaj się, okej? 
- N-nie wygłupiam... Jej ciało leży w moim mieszkaniu... Am, musimy teraz uciekać, słyszysz? Musimy! To jedyna taka okazja! Mam pieniądze i lewe papiery dla nas obu. Uciekniemy z kraju i nareszcie będziemy mogły być razem na zawsze! - dziewczyna, choć była nadal w szoku, starała się myśleć racjonalnie.
- C-carmen… A co się stanie, jeśli Twój plan nie wypali? Co będzie, gdy "psy gończe" mojej matki nas złapią? Przecież wiesz, że pilnują mnie na każdym kroku i nie pozwolą nam uciec tak łatwo… 
- Dlatego posłużymy się lewymi papierami. Umiesz gadać po rusku, no nie? - zapytała dziewczyna, podając ukochanej fałszywy paszport i dowód osobisty - Od teraz będziesz studentką Iriną Arapovą, a ja twoją angielską przyjaciółką Elizabeth Manders. Jeśli dobrze odegramy swoje role, powinno pójść łatwo i będziemy mogły… 
- Nie, nie pójdzie. - przerwała nagle brunetka - One tak mówią. Ostrzegają mnie przed ucieczką. 
- One?
- Duchy. Szepczą coś o więdnięciu piwonii.
- Och, przestań. Niby czemu miałyby to robić?
- Może dlatego, że jestem ich łącznikiem ze światem żywych? Nie wiem. Czuję ich strach i to mnie przeraża… 
- Kochanie, - zaczęła Carmen - proszę, zaufaj mi. Wiem, że to wszystko dzieje się za szybko, ale pomyśl tylko o słodkim smaku wolności! Wszystko będzie dobrze, zobaczysz. - pocałowała czule stojącą naprzeciw niej dziewczynę. Ta odwzajemniła pocałunek. Stały tak kilkanaście minut, całując się zapamiętale, jakby miało to być ich ostatnie spotkanie. 
- No dobrze, zgadzam się. 
- Mam kluczyki do auta. Uciekniemy z miasta jeszcze dziś.


***
    
   Wyglądały jak nie one - delikatne, pełne powabu, roześmiane, beztroskie. Wyglądało to tak, jakby wydarzenia ostatnich miesięcy były tylko wymysłem, koszmarem. 
Czas spędzały na rozmowach o przyszłości, o społeczeństwie, o życiu. Nauczyły się nie martwić przeszłością. Polegały tylko na sobie, czując, że ich miłość staje się przez to silniejsza, trwalsza. Cieszyły się sielanką, bo wiedziały, że w końcu nadejdzie jej koniec. Wyczekiwały go z uśmiechami na ustach i radością w sercach.
    Pewnego dnia koniec nadszedł. Siedziały w przydrożnym barze, rozkoszując się swoim towarzystwem. Nagle to zobaczyły. Mężczyzna wypytujący o nie klientów baru. Mimo że zmieniły swój wygląd, wiedziały, że je rozpozna - w końcu był to "pies gończy" Williamsów. 
Natychmiast zaczęły się stamtąd zbierać. Wyszły powoli, niespiesznie, tak, aby nie wzbudzać podejrzeń. Jednak on nie dał się oszukać. Rozpoznał je. Dziewczyny szybko pobiegły do auta i odjechały. Czarne Lamborghini ruszyło za nimi.


***

- Udało mu się nas znaleźć, niedobrze. - powiedziała zdenerwowana Carmen, prowadząc samochód - A tak uważałyśmy! 
- Mówiłam, że tak będzie. "Psy" łatwo nie odpuszczają. - odparła Amelia. Patrzyła wprost przed siebie, na szybko mijającą drogę. 
- Nadal nie mogę w to uwierzyć… Znalazł nas po takim okresie czasu i to w dodatku w odległym kraju. 
- Zapomnij o tym. Teraz musimy skupić się na uc… - dziewczyna przerwała w pół słowa. Tuż za nimi jechał samochodem "pies". 
- O kur… Mamy przesrane. - będąc pod ostrzałem "psa", Carmen dodała gazu. Starała się manewrować pojazdem tak, żeby doznał jak najmniejszych obrażeń. Tylna szyba roztrzaskała się od celnego strzału. Kolejne strzały padały z coraz bliższej odległości. Dziewczyny były coraz bardziej przerażone. Między nimi panowała pełna napięcia cisza, ale mimo to trzymały się za ręce.
Nagle droga zaczęła się kończyć, a przed nimi pojawiło się urwisko. Carmen nie zdążyła zahamować. Samochód zaczął spadać, obijając się o zbocze. W końcu wylądował kilkanaście metrów niżej, mocno poobijany z ledwie żywymi pasażerkami.
- A więc… to już ko… niec… - powiedziała Carmen, plując krwią. - Masz te swoje… więdnące piwonie. - uśmiechnęła się ironicznie - Am, ży… jesz? 
Nie uzyskała odpowiedzi. Spojrzała na ukochaną. Chociaż była cała we krwi, nadal była taka piękna. Carmen z trudem przysunęła się bliżej niej, całując jej usta, a potem kładąc głowę na jej ramieniu. Dłonie dziewczyny muskały dłonie Amelii. Blondynka trwała tak jeszcze kilka minut, z rozdzierającymi serce żalem, bólem i cierpieniem, a potem… odpłynęła.
Czarne Lamborghini odjechało.

3 lipca 2014

[YAOI] Trap Of Love.

31 stycznia 1967 roku. Dzień niczym nieróżniący się od pozostałych.
Wróć.
31 stycznia 1967 roku. Dzień śmierci mojego ukochanego.
Choć minęło tak wiele czasu, nadal cierpię. Wciąż zadaję wiele pytań, na które nie dostaję żadnej odpowiedzi.
   Siedzę teraz w zamkniętym pokoju, a jedyne, co mi pozostało, to papier i pióro. No i, oczywiście, miłość do niego. Miłość tak głęboka jak najgłębsze z mórz, tak bezkresna jak bezkresny jest nieboskłon. Wydaje mi się, że chyba tylko to uczucie utrzymuje mnie przy życiu...
 Pamiętam, kiedy któregoś dnia zapytał mnie o to, co zrobię, gdy jego już nie będzie. Odpowiedziałem, że będę tęsknić za nim, za jego bliskością, czułym dotykiem, cichym szeptem. Uśmiechnął się tylko i pocałował mnie, ale z jego oczu "wyczytałem" mieszankę uczuć: od radości, przez namiętność, aż po ból i cierpienie. Wtedy nie rozumiałem, dlaczego ujrzałem te ostatnie. Teraz mogę tylko snuć domysły... Czyżby wiedział, że wkrótce umrze? A może chciał upewnić się czy naprawdę go  kocham?
   Spoglądam przez okno. Widzę stary dąb, zewsząd otoczony językami mroku. Nagle ktoś pojawia się tuż obok. Nie mogę uwierzyć w to, co widzę. To ON. Uśmiecha się, jak to miał w zwyczaju, chodząc wokół drzewa. Wiatr rozwiewa jego kruczoczarne włosy, muska porcelanową skórę. Przecieram oczy i już go nie widzę. Smutnieję, lecz nagle słyszę cichy szept skierowany wprost do mojego ucha.  
- Pragnę cię… Pragnę, ukochany! 
Słyszę słowa coraz wyraźniej. Zdaję sobie sprawę z tego, że obok stoi duch mojego zmarłego kochanka. Zjawa swymi zimnymi dłońmi popycha mnie delikatnie na łóżko. Czuję na sobie znajomy ciężar drobnego ciała. Oddycham ciężko, zatracając się w chwili. Nasze usta łączą się w długim pocałunku, a dłonie ze sobą splatają.  Zaczynam zasypiać. Poddaję się temu uczuciu i zamykam oczy.
   Nastał ranek. Wydarzenia wczorajszej nocy dały mi sporo do myślenia. Postanowiłem odwiedzić jego grób. Może wydać się to dziwne, ale od czasu pogrzebu nigdy więcej nie wracałem w to miejsce. Zbyt mocno dotknęła mnie śmierć ukochanego, nie zniósłbym bólu. Może to był mój błąd? Błąd, który odbija się na mojej psychice. Błąd, przez który odizolowałem się od ludzi.
To dlatego stoję tutaj, przed grobem mojej jedynej miłości. Czas naprawić błąd. Pochylam się, wsłuchując we wszechogarniającą ciszę, i kładę białą różę tuż koło znicza. Wyczuwam jego obecność, tak jakby przez cały czas mnie obserwował. Zaczynam wszystko rozumieć, choć obaj milczymy.
- Kocham cię, Shin - szepnąłem -  i zawsze będę.
Poczułem coś zimnego otulającego moją szyję. Silniej zawiał wiatr.
   Wychodząc z cmentarza, poczułem ulgę. Wielką ulgę. Jak gdyby moja spętana łańcuchami dusza mogła znów swobodnie istnieć. Tak, to moment, na który od tak dawna czekałem. Moment, dzięki któremu zrozumiałem, że uczucie łączące mnie i Shina jest wieczne. Zrozumiałem również to, że nieważne w jakiej sytuacji emocjonalnej znajduje się człowiek, zawsze powinien pamiętać o tych, których nie ma na tym świecie, bowiem dzięki wspomnieniom możemy przywrócić osoby nam bliskie.

28 czerwca 2013

Tonodoshi Mitsuke - Wizja czekoladowowłosej

     Letni wiaterek otulał Mitsuke twarz, przyjemnie go ochładzając. Chłopak leżał właśnie na rozległej łące, otoczonej dookoła niemrawo wyglądającą ścianą drzew. Zewsząd dolatywały śpiewy ptaków – to zaśpiewa słowik, zaraz potem zahuczy sowa, jakby próbowała odstraszyć jakiegoś nieproszonego gościa, który wtargnął do jej dziupli. Niebo ukazywało swoje błękitne oblicze. Słońce natomiast, nie zamierzało dzielić się swym ciepłem – wisiało nad głową czarnowłosego, spozierając na wszystko ukradkiem. Niestety, taki biedny, mały chłopaczek jak Tonodoshi potrzebował go teraz najbardziej. Potrzebował kogoś, kto doda mu otuchy, pocieszy, przytuli etc. Dlaczego? Otóż, kilka tygodni temu pewna niewiasta, imieniem Akitsu, w ciągu jednego dnia zawróciła mu w głowie i w ciągu tego samego dnia spadła z dachu pewnego sierocińca i słuch o niej zaginął. (I nie, to nie była jakaś ćpunka czy prostytutka, chociaż… Któż to wie?) A, prawda. Zostawiła tylko kartkę z wiadomością do rozszyfrowania.
   W sumie, to właśnie dlatego wybrał akurat to miejsce do rozmyślań. Dla niej. Tylko… dlaczego? Czyżby zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia? Przecież zawsze wyśmiewał tego typu historyjki w tanich komediach romantycznych, które zazwyczaj oglądają kobiety. Ale teraz… Jakby się tak nad tym dłużej zastanowić… Może to i prawda.
   Mitsuke podniósł głowę. Wisiała nad nim wielka chmura, coraz bardziej przybliżająca się ku chłopakowi. Mitsuke zauważył, że nie jest to zwyczajna chmura. Obłok kształtował się w coś, a dokładniej – w pentagram. Nie składał się z pary wodnej, spalin, czy czegokolwiek innego – składał się z dusz. W samym środku pentagramu unosiła się Ona. Tonodoshi od razu rozpoznał postać. Te włosy… Ta bladość bijąca od dziewczyny… Czyżby to była Akitsu? Wydawało się niemożliwym, by była to ona. Mimo wszystko wydawała się mu tak realna. Jednak coś było nie tak. Gdy obłok znajdował się centymetry nad głową czarnowłosego, chłopak mógł uważniej przyjrzeć się postaci.
Owa postać sama w sobie była upiorna. Jej twarz była niezdrowo blada. Czarne włosy zakrywały praktycznie całą jej twarz, przez co przypominała bardziej Samarę z "The Ring" aniżeli Akitsu.
Jej ciało otulała czarna koronka, na której gdzieniegdzie widniały większe i mniejsze dziury.
Postać zaśmiała się. Był to śmiech złowieszczy.
-Mitsu! – zaskrzeczała postać. - Niech świt zbudzi twe lęki.
W tej samej chwili chłopak ocknął się. Słowa odbijały się echem w jego głowie. Wszystko to, co widział, było tylko snem. A może snem? 
  Rozejrzał się. Słońce chyliło się ku zachodowi, nadając niebu prawdziwie abstrakcyjny wygląd – różowawe pasy splatały się z pomarańczowymi, te natomiast z niebieskimi i szaro-siwymi. Mitsuke powoli wstawał.
-To był sen. Tylko pieprzony sen! – krzyknął.
Widział ją. Widział Akitsu. To na pewno była ona. Jednak wyglądała tak, jak gdyby chciała doprowadzić do rozlewu krwi. Tonodoshi wyjął z kieszeni pomiętą kartkę. Była to wiadomość od czekoladowowłosej. Może, jeśli ją rozszyfruje, to dowie się więcej na temat dziewczyny? Może nawet ją odnajdzie?
    Z tą myślą podążał do miejskiego parku. Szedł dobrych kilka minut. W końcu zatrzymał się przy jednej z ławek. Była inna niż wszystkie. Tę pokrywała odrapana farba, ale Mitsuke wybierał ją z jednego ważnego powodu – znajdowała się w najciemniejszym i najdalszym zakątku parku, toteż zawsze było tu cicho i spokojnie.
Powoli osunął się na ławkę. Przez chwilę obserwował ostatnie promienie słońca. Park powoli pustoszał. Została tylko grupka nastolatków, śmiejąca się i popijająca piwo, ale potem i oni poszli. Czarnowłosy siedział zamyślony. Rozmyślał o zagadce Akitsu. Nagle doznał olśnienia.
- Francja! Paryż! – krzyknął uradowany.
Pospiesznie wstał i równym krokiem zmierzał do domu. Było już piętnaście po dziesiątej – za dziesięć minut zaczynała się godzina policyjna, więc lepiej być w internacie wcześniej, ażeby to uniknąć przypału.
  Uradowany szedł przez ulicę. 
  Był szczęśliwy – w końcu odnajdzie Akitsu.

20 marca 2012

Tonodoshi Mitsuke - Nieznajoma

    Mitsuke znalazł w porannej gazecie artykuł o opuszczonym sierocińcu, który mieszkańcy opuścili z powodu ciągłych plag termitów, „mówiących” mebli oraz znikających i znów pojawiających się przedmiotów. Tak, to było „coś” skoro piszą o tym w gazecie. To była sprawa wprost stworzona dla niego. Może tym razem znajdzie swoje ukochane duchy? Najdziwniejszy był fakt, że sierociniec znajdował się kilka przecznic od domu Mitsuke. Kilka minut później chłopak stał już u bram sierocińca i, o dziwo, nie była to stara rudera, tak jak myślał.
   Był to czteropiętrowy budynek, rzec by można, że gmach zamku, ale nadawał się do zamieszkania. Pomalowany jasnoczerwoną, wręcz różaną, farbą. Pod niektórymi oknami znajdowały się balkony pokryte błyszczącym, czarnym lakierem. Pod balkonami, na całą szerokość budynku, rozciągały się trzy wąskie pasy farby koloru zaschniętej krwi. Mitsuke wyjął z kieszeni skórzanej kurtki pęk kluczy, które dostał od właścicieli budynku, i jednym z nich otworzył bramę wiodącą do sierocińca. Szedł powoli, podziwiając czerwone róże rosnące w ogrodzie. Ich płatki opływały czystym szkarłatem tak, jakby były dopiero co zanurzone w świeżej krwi. Chłopak podszedł pod drzwi sierocińca, zerknął na tabliczkę zawieszoną tuż nad drzwiami, na której widniał napis: „Sierociniec pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny”. Z pęku kluczy wybrał odpowiedni i włożył do zamka. Po chwili był już w środku. Jego czułe nozdrza szybko wyczuły zapach stęchlizny i pleśni unoszący się w powietrzu. Chłopak wszedł na górne piętro po zmurszałych schodach. Nic tam jednak nie znalazł. Tak samo było na kolejnym piętrze i kolejnym.
    W końcu znalazł się na dachu. Rozejrzał się uważnie i ujrzał postać. Była to dziewczyna o kręconych, czekoladowych włosach. Jej cera kolorem przypominała mleko. Na sobie miała białą, zwiewną tunikę, która sięgała jej prawie do połowy ud. Dziewczyna stała obrócona do Mitsuke bokiem i patrzyła na zachodzące słońce. Chłopak wpatrywał się w tajemniczą postać jeszcze kilka minut, zaciekawiony jej delikatnymi rysami twarzy, i zaczął lustrować ją wzrokiem od stóp do głów. Mimowolnie zaczerwienił się, podziwiając jej urodę.
Ujrzał wtedy jej piękne oczy, które upodabniały się do hebanu, i czerwone lekko rozchylone wargi.
– Witaj, nazywam się Akitsu. – powiedziała cichym, acz stanowczym głosem, nie odrywając wzroku od jego topazowych oczu, które błyszczały teraz jak iskierki. – Miło mi cię poznać.
– Eee… Mitsuke… Jestem Mitsuke. – wybełkotał Tonodoshi – Mnie również.
– Co sprowadza cię do tego sierocińca?– uśmiechnęła się zadziornie dziewczyna.
– Jestem tu w sprawie tego – chłopak podszedł do Akitsu i wyciągnął dość wymiętą kartkę z ogłoszeniem, które wcześniej wyciął z brukowca. Dziewczyna przyglądała się papierowi przez chwilę, po czym, z obojętną miną, wręczyła ją chłopakowi.
– Och, „gadające” meble? Znikające przedmioty? Nie mów mi, że w to wierzysz!
– Może wierzę, może nie… W każdym bądź razie, chcę zbadać ten teren. Z czystej ciekawości.
– Nie radzę ci tego robić. To niebezpieczne miejsce. – wyszeptała, odwracając głowę i z niepokojem wpatrując się w ostatnie promienie słońca. Wiedziała bowiem, że badanie terenu wokół sierocińca to zły pomysł. Już sam fakt, że Mitsuke się tu znajduje, wróży nieszczęście.
– Skoro to niebezpieczne miejsce, to dlaczego ty się tutaj znajdujesz? – spytał, zaskoczony jej odpowiedzią – A może jesteś jednym z ghost hunterów?
Nastała cisza. Dziewczyna nadal się nie odzywała ani nawet nie odwróciła, by na niego spojrzeć. Mitsuke podszedł do Akitsu.
– Chodzi o to, że ja… – urwała w pół zdania – Nie mogę ci powiedzieć. Chciałabym, ale nie mogę! Nie zrozumiałbyś.
– Eee... No okej. Nie chcesz, to nie mów. - chłopak miał już schodzić z dachu, gdy nagle coś pchnęło go w stronę dziewczyny i na moment przejęło kontrolę nad ciałem. Ten moment wystarczył, aby Tonodoshi objął dziewczynę w talii, po czym przytknął swoje usta do jej i… pocałował ją. Po chwili znów był w pełni świadom tego, co robi.
Akitsu oderwała się od niego jak oparzona. Stanęła, odwrócona do niego tyłem, tak, że nie mógł zobaczyć jej twarzy.
– Nie powinieneś był tego robić… – wyszeptała.
– Ale to nie ja! – krzyknął zdezorientowany Tonodoshi.
Akitsu w ciągu ułamka sekundy znalazła się przy krawędzi dachu i skoczyła. Mitsuke w ostatnim momencie schwycił jej dłoń, ale ta zaczęła się wyślizgiwać z żelaznego uścisku dłoni chłopaka.
–Akitsu, nie! – krzyknął załamany, gdy tylko dłoń całkiem mu się wyślizgnęła. Długo wpatrywał się w dal, ale nie ujrzał ani spadającej dziewczyny, ani jej ciała leżącego wśród różanych krzewów.
    Było już ciemno, gdy Mitsuke zdecydował się w końcu wyjść z sierocińca. Schodził powoli po starych schodach, analizując dokładnie wszystkie zdarzenia tego wieczoru. Jego topazowe oczy ogarnęła pustka. Zdawał się być przybity i rozkojarzony.
Gdy wyszedł z budynku, poszedł prosto do krzewów, w których powinno znajdować się ciało Akitsu.
Zdziwił się niezmiernie, gdy ujrzał tam tylko niewielki świstek papieru. Podniósł go, po czym odczytał w myślach słowa:




Tonodoshi zdał sobie sprawę, że dziewczyna wciąż żyje. Nie wiedząc czemu, ucieszył się. Gdy się całowali, poczuł przedziwną więź łączącą go z nią. Więź pojawiającą się znikąd. Może to przeznaczenie? Zauroczenie? Musiał ją odnaleźć, chociaż nie wiedział, dlaczego i po co. 

   Zmierzał właśnie ku bramie wejściowej sierocińca. Cały czas czuł na sobie czyjś wzrok. Czuł, że ktoś lub coś podąża za nim. 
Nie mylił się.

8 lutego 2012

Tonodoshi Mitsuke

   Mitsuke był wysokim, szczupłym młodzieńcem, któremu kruczoczarne włosy sięgały do ramion. Ubierał się według własnego stylu, stawiał przede wszystkim na wygodę i luz. Jego pasją były zjawiska paranormalne. Godzinami przeglądał internet w poszukiwaniu interesujących „nawiedzonych” miejsc, do których następnie przyjeżdżał z zamiarem zbadania wszystkich zakamarków w poszukiwaniu duchów, upiorów, demonów etc. Oczywiście, w żadnym miejscu, które odwiedził, nie znalazł nic nadzwyczajnego, jak na przykład kilka kociąt błądzących w piwnicy starego domu, które to gospodarz uznał za ducha swojej tragicznie zmarłej małżonki albo niedomykające się okno w stodole, którym rzekomo trzaskały w nocy dusze zmarłych.
  Ale przyszłość miała to zmienić. Wkrótce fikcja stanie się rzeczywistością.

14 stycznia 2012

Ogniste ostrze

Wycięty płomień z krwi to ogień nadziei.
Ogień, który zapala się 

po każdych odwiedzinach wspomnień,
a gaśnie po każdej wyblakłej myśli.
Zatopiona łza we łzie następnej.
Kropla goryczy, znacząca ciało.

Kropla żaru, ogarniającego głowę
i resztki rozwydrzonych nerwów.
Nagłe cięcie.

Rozbryzg mentalnej krwi.
Karmazynowa posoka spływa na podłogę. 

Zamykam oczy,
nie zwracając uwagi na ból.

Budzę się, zasypiając.