21 sierpnia 2014

[YURI] Ku Wschodzącemu Słońcu.



- Przestań! N-nie idź…
- Nadszedł na to czas. – powiedziała cicho wysoka blondynka, całując w policzek stojącą obok niej zielonooką brunetkę – Wszystko będzie dobrze.
- Szczerze w to wierzysz? – zakpiła zielonooka –  Poza tym, nic jej nie mówiłam na ten temat… Nawet nie wie całej prawdy o mnie… O nas!
- Nic nie szkodzi. Dowie się ode mnie.
- Ale... Czekaj!
Nie zdążyła nic więcej dodać. Wyższa dziewczyna wybiegła z pokoju. Brunetka została sama. Stała zszokowana, wpatrując się w drzwi.
- I co teraz..?
***

   Rozległo się ciche pukanie.
- Proszę wejść! – kobieta spojrzała znad dokumentów na wchodzącą dziewczynę.
- Dzień dobry, pani Williams.
- Ach, przestań z tą „panią”. Mów mi po imieniu, Carmen – uśmiechnęła się przyjaźnie.
Blondynka nie dała się zwieść tej sztucznej grzeczności. Dobrze wiedziała, na co stać Marię Williams – notariuszkę pracującą w jednej z kancelarii w Anglii. Blondynka przekonała się, jaka jest Maria naprawdę, kiedy kilka lat wcześniej spędziła trzy dni zamknięta w piwnicy w jej domu - była torturowana, upokarzana i zmuszana do perwersyjnych zabaw. Żaden z domowników o tym nie wiedział, nikt niczego nie słyszał. A przynajmniej tak miało być. Po tym czasie kobieta, jak gdyby nigdy nic, wypuściła dziewczynę i kazała jej wracać do domu. Poza tym, Carmen wiedziała, że notariuszka znęca się psychicznie nad swoją córką-medium. Mimo szczerej nienawiści i chęci rozstrzelania kobiety, Carmen zmusiła się do zachowania zimnej krwi – od tej rozmowy zależało wiele, w szczególności jej misternie ułożony plan.
- Co cię do mnie sprowadza, moje dziecko? Czyżby Amelia znów naopowiadała ci głupot? Niby widzi zmarłych, a na dodatek ostatnio rozmawiała z moją teściową! - roześmiała się ironicznie - A może przyszłaś w sprawie prywatnej?
- Cóż, dzisiejsza rozmowa będzie dotyczyć kilku spraw. Mam nadzieję, że masz trochę czasu. - powiedziała blondynka, siląc się na przybranie jak najbardziej obojętnego tonu.
- Dla ciebie? Zawsze! Poza tym, już miałam wychodzić. Trzydzieści pięć aktów do sporządzenia, szef będzie zadowolony! - przeciągnęła się, wstając z fotela.
Po chwili obie wyszły.

 ***

- A więc to jest ta twoja oaza spokoju... - powiedziała Maria, rozglądając się - Tak jak myślałam, czysty minimalizm. Pięknie tu, mogłabyś zostać dekoratorką wnętrz, wiesz? Jestem pewna, że zarabiałabyś krocie!
- Zamiast podziwiać mieszkanie, skupiłabyś się lepiej na naszej rozmowie. Wiesz dobrze, ile dla mnie znaczy Amelia. Nie chcę, żebyś się nad nią znęcała, rozumiesz? Nie chcę tego. Możesz sobie robić z innymi co chcesz, ale jej nie dam ci krzywdzić.
- Hę? To prawda, że jestem surową i wymagającą matką... ale żeby od razu mówić o znęcaniu? Przecież nic jej nie robię. Nie biję jej, nie gwałcę, nie odurzam. Pozwalam jej robić to, na co ma ochotę. Zapewniam dach nad głową i pożywienie. Czy to źle, że egzekwuję od niej posłuszeństwo? - odparła kobieta.
- Nie chrzań! Dobrze wiesz, że jest bliska załamaniu, a ty, zamiast jej pomóc, tylko bezczelnie wykorzystujesz sytuację! Co z ciebie za matka?! - opanowanie Carmen w jednej chwili zniknęło.
Maria histerycznie się zaśmiała. Jej oczy lśniły blaskiem. Blaskiem, za którym kryło się szaleństwo.
- Myślisz, że możesz mówić mi, co mam robić? Wytykać mi błędy? Narzucać sposób działania? Mylisz się, złotko. - kobieta podeszła do blondynki. Przesunęła dłonią po jej policzku, potem musnęła usta, zatrzymując się na gardle. Zaczęła dusić dziewczynę.
- Jesteś piękna, a ja doceniam prawdziwe piękno. Mogłabyś zostać moją kochanką, wiesz? Szkoda, że tak nie będzie. - notariuszka wzmocniła uścisk, po czym uśmiechnęła się.
Carmen zaczynała już odpływać. Mozolnie wyciągnęła rękę, by sięgnąć po nóż leżący na stoliku. Udało jej się. Resztkami sił zadała cios Marii. Kobieta wykrzywiła twarz w grymasie bólu, po czym osunęła się na dywan. Blondynka łapczywie nabierała powietrza do ust. Po chwili doszła do siebie i sprawdziła puls notariuszki. Przerażona Carmen wybiegła z mieszkania, zabierając ze sobą oszczędności i dokumenty.
 Sprawy przybrały niezamierzony obrót.


 ***

    Był późny wieczór. Większość przechodniów czym prędzej udawała się do własnych domów, aby schronić się przed zimnem. Prawie opustoszałą ulicą biegła dziewczyna. Biegła, nie zważając na nic i na nikogo. Zatrzymała się przed jakimś domem. Zapukała. Ktoś otworzył. Weszła do środka.
- Carmen... Czym zasłużyliśmy sobie na tak późną wizytę? - Johann zdawał się być zaniepokojony. 
- Dobry wieczór. Mam sprawę do Amelii. Nie śpi jeszcze? - Carmen zdziwiła się spokojnym tonem głosu, którym wypowiedziała te słowa.
- Nie, chyba czyta książkę. Jest w swoim pokoju. - odparł mężczyzna.
- Dziękuję... i dobranoc. - dziewczyna wbiegła schodami na wyższe piętro domu. Cała drżała. Od dawna pałała nienawiścią do notariuszki i nieraz miała ochotę ją zabić, ale mimo to nigdy nie była w stanie wyobrazić sobie, że to robi. Zapukała do drzwi pokoju Amelii. 
- Co ty tu robisz? - dziewczyna zdziwiła się, widząc swoją partnerkę.
- Am, ja... Ja... Zabiłam twoją matkę... - wyszeptała Carmen, trzęsąc się.
- J-jak to? Co ty gadasz? Nie wygłupiaj się, okej? 
- N-nie wygłupiam... Jej ciało leży w moim mieszkaniu... Am, musimy teraz uciekać, słyszysz? Musimy! To jedyna taka okazja! Mam pieniądze i lewe papiery dla nas obu. Uciekniemy z kraju i nareszcie będziemy mogły być razem na zawsze! - dziewczyna, choć była nadal w szoku, starała się myśleć racjonalnie.
- C-carmen… A co się stanie, jeśli Twój plan nie wypali? Co będzie, gdy "psy gończe" mojej matki nas złapią? Przecież wiesz, że pilnują mnie na każdym kroku i nie pozwolą nam uciec tak łatwo… 
- Dlatego posłużymy się lewymi papierami. Umiesz gadać po rusku, no nie? - zapytała dziewczyna, podając ukochanej fałszywy paszport i dowód osobisty - Od teraz będziesz studentką Iriną Arapovą, a ja twoją angielską przyjaciółką Elizabeth Manders. Jeśli dobrze odegramy swoje role, powinno pójść łatwo i będziemy mogły… 
- Nie, nie pójdzie. - przerwała nagle brunetka - One tak mówią. Ostrzegają mnie przed ucieczką. 
- One?
- Duchy. Szepczą coś o więdnięciu piwonii.
- Och, przestań. Niby czemu miałyby to robić?
- Może dlatego, że jestem ich łącznikiem ze światem żywych? Nie wiem. Czuję ich strach i to mnie przeraża… 
- Kochanie, - zaczęła Carmen - proszę, zaufaj mi. Wiem, że to wszystko dzieje się za szybko, ale pomyśl tylko o słodkim smaku wolności! Wszystko będzie dobrze, zobaczysz. - pocałowała czule stojącą naprzeciw niej dziewczynę. Ta odwzajemniła pocałunek. Stały tak kilkanaście minut, całując się zapamiętale, jakby miało to być ich ostatnie spotkanie. 
- No dobrze, zgadzam się. 
- Mam kluczyki do auta. Uciekniemy z miasta jeszcze dziś.


***
    
   Wyglądały jak nie one - delikatne, pełne powabu, roześmiane, beztroskie. Wyglądało to tak, jakby wydarzenia ostatnich miesięcy były tylko wymysłem, koszmarem. 
Czas spędzały na rozmowach o przyszłości, o społeczeństwie, o życiu. Nauczyły się nie martwić przeszłością. Polegały tylko na sobie, czując, że ich miłość staje się przez to silniejsza, trwalsza. Cieszyły się sielanką, bo wiedziały, że w końcu nadejdzie jej koniec. Wyczekiwały go z uśmiechami na ustach i radością w sercach.
    Pewnego dnia koniec nadszedł. Siedziały w przydrożnym barze, rozkoszując się swoim towarzystwem. Nagle to zobaczyły. Mężczyzna wypytujący o nie klientów baru. Mimo że zmieniły swój wygląd, wiedziały, że je rozpozna - w końcu był to "pies gończy" Williamsów. 
Natychmiast zaczęły się stamtąd zbierać. Wyszły powoli, niespiesznie, tak, aby nie wzbudzać podejrzeń. Jednak on nie dał się oszukać. Rozpoznał je. Dziewczyny szybko pobiegły do auta i odjechały. Czarne Lamborghini ruszyło za nimi.


***

- Udało mu się nas znaleźć, niedobrze. - powiedziała zdenerwowana Carmen, prowadząc samochód - A tak uważałyśmy! 
- Mówiłam, że tak będzie. "Psy" łatwo nie odpuszczają. - odparła Amelia. Patrzyła wprost przed siebie, na szybko mijającą drogę. 
- Nadal nie mogę w to uwierzyć… Znalazł nas po takim okresie czasu i to w dodatku w odległym kraju. 
- Zapomnij o tym. Teraz musimy skupić się na uc… - dziewczyna przerwała w pół słowa. Tuż za nimi jechał samochodem "pies". 
- O kur… Mamy przesrane. - będąc pod ostrzałem "psa", Carmen dodała gazu. Starała się manewrować pojazdem tak, żeby doznał jak najmniejszych obrażeń. Tylna szyba roztrzaskała się od celnego strzału. Kolejne strzały padały z coraz bliższej odległości. Dziewczyny były coraz bardziej przerażone. Między nimi panowała pełna napięcia cisza, ale mimo to trzymały się za ręce.
Nagle droga zaczęła się kończyć, a przed nimi pojawiło się urwisko. Carmen nie zdążyła zahamować. Samochód zaczął spadać, obijając się o zbocze. W końcu wylądował kilkanaście metrów niżej, mocno poobijany z ledwie żywymi pasażerkami.
- A więc… to już ko… niec… - powiedziała Carmen, plując krwią. - Masz te swoje… więdnące piwonie. - uśmiechnęła się ironicznie - Am, ży… jesz? 
Nie uzyskała odpowiedzi. Spojrzała na ukochaną. Chociaż była cała we krwi, nadal była taka piękna. Carmen z trudem przysunęła się bliżej niej, całując jej usta, a potem kładąc głowę na jej ramieniu. Dłonie dziewczyny muskały dłonie Amelii. Blondynka trwała tak jeszcze kilka minut, z rozdzierającymi serce żalem, bólem i cierpieniem, a potem… odpłynęła.
Czarne Lamborghini odjechało.