20 marca 2012

Tonodoshi Mitsuke - Nieznajoma

    Mitsuke znalazł w porannej gazecie artykuł o opuszczonym sierocińcu, który mieszkańcy opuścili z powodu ciągłych plag termitów, „mówiących” mebli oraz znikających i znów pojawiających się przedmiotów. Tak, to było „coś” skoro piszą o tym w gazecie. To była sprawa wprost stworzona dla niego. Może tym razem znajdzie swoje ukochane duchy? Najdziwniejszy był fakt, że sierociniec znajdował się kilka przecznic od domu Mitsuke. Kilka minut później chłopak stał już u bram sierocińca i, o dziwo, nie była to stara rudera, tak jak myślał.
   Był to czteropiętrowy budynek, rzec by można, że gmach zamku, ale nadawał się do zamieszkania. Pomalowany jasnoczerwoną, wręcz różaną, farbą. Pod niektórymi oknami znajdowały się balkony pokryte błyszczącym, czarnym lakierem. Pod balkonami, na całą szerokość budynku, rozciągały się trzy wąskie pasy farby koloru zaschniętej krwi. Mitsuke wyjął z kieszeni skórzanej kurtki pęk kluczy, które dostał od właścicieli budynku, i jednym z nich otworzył bramę wiodącą do sierocińca. Szedł powoli, podziwiając czerwone róże rosnące w ogrodzie. Ich płatki opływały czystym szkarłatem tak, jakby były dopiero co zanurzone w świeżej krwi. Chłopak podszedł pod drzwi sierocińca, zerknął na tabliczkę zawieszoną tuż nad drzwiami, na której widniał napis: „Sierociniec pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny”. Z pęku kluczy wybrał odpowiedni i włożył do zamka. Po chwili był już w środku. Jego czułe nozdrza szybko wyczuły zapach stęchlizny i pleśni unoszący się w powietrzu. Chłopak wszedł na górne piętro po zmurszałych schodach. Nic tam jednak nie znalazł. Tak samo było na kolejnym piętrze i kolejnym.
    W końcu znalazł się na dachu. Rozejrzał się uważnie i ujrzał postać. Była to dziewczyna o kręconych, czekoladowych włosach. Jej cera kolorem przypominała mleko. Na sobie miała białą, zwiewną tunikę, która sięgała jej prawie do połowy ud. Dziewczyna stała obrócona do Mitsuke bokiem i patrzyła na zachodzące słońce. Chłopak wpatrywał się w tajemniczą postać jeszcze kilka minut, zaciekawiony jej delikatnymi rysami twarzy, i zaczął lustrować ją wzrokiem od stóp do głów. Mimowolnie zaczerwienił się, podziwiając jej urodę.
Ujrzał wtedy jej piękne oczy, które upodabniały się do hebanu, i czerwone lekko rozchylone wargi.
– Witaj, nazywam się Akitsu. – powiedziała cichym, acz stanowczym głosem, nie odrywając wzroku od jego topazowych oczu, które błyszczały teraz jak iskierki. – Miło mi cię poznać.
– Eee… Mitsuke… Jestem Mitsuke. – wybełkotał Tonodoshi – Mnie również.
– Co sprowadza cię do tego sierocińca?– uśmiechnęła się zadziornie dziewczyna.
– Jestem tu w sprawie tego – chłopak podszedł do Akitsu i wyciągnął dość wymiętą kartkę z ogłoszeniem, które wcześniej wyciął z brukowca. Dziewczyna przyglądała się papierowi przez chwilę, po czym, z obojętną miną, wręczyła ją chłopakowi.
– Och, „gadające” meble? Znikające przedmioty? Nie mów mi, że w to wierzysz!
– Może wierzę, może nie… W każdym bądź razie, chcę zbadać ten teren. Z czystej ciekawości.
– Nie radzę ci tego robić. To niebezpieczne miejsce. – wyszeptała, odwracając głowę i z niepokojem wpatrując się w ostatnie promienie słońca. Wiedziała bowiem, że badanie terenu wokół sierocińca to zły pomysł. Już sam fakt, że Mitsuke się tu znajduje, wróży nieszczęście.
– Skoro to niebezpieczne miejsce, to dlaczego ty się tutaj znajdujesz? – spytał, zaskoczony jej odpowiedzią – A może jesteś jednym z ghost hunterów?
Nastała cisza. Dziewczyna nadal się nie odzywała ani nawet nie odwróciła, by na niego spojrzeć. Mitsuke podszedł do Akitsu.
– Chodzi o to, że ja… – urwała w pół zdania – Nie mogę ci powiedzieć. Chciałabym, ale nie mogę! Nie zrozumiałbyś.
– Eee... No okej. Nie chcesz, to nie mów. - chłopak miał już schodzić z dachu, gdy nagle coś pchnęło go w stronę dziewczyny i na moment przejęło kontrolę nad ciałem. Ten moment wystarczył, aby Tonodoshi objął dziewczynę w talii, po czym przytknął swoje usta do jej i… pocałował ją. Po chwili znów był w pełni świadom tego, co robi.
Akitsu oderwała się od niego jak oparzona. Stanęła, odwrócona do niego tyłem, tak, że nie mógł zobaczyć jej twarzy.
– Nie powinieneś był tego robić… – wyszeptała.
– Ale to nie ja! – krzyknął zdezorientowany Tonodoshi.
Akitsu w ciągu ułamka sekundy znalazła się przy krawędzi dachu i skoczyła. Mitsuke w ostatnim momencie schwycił jej dłoń, ale ta zaczęła się wyślizgiwać z żelaznego uścisku dłoni chłopaka.
–Akitsu, nie! – krzyknął załamany, gdy tylko dłoń całkiem mu się wyślizgnęła. Długo wpatrywał się w dal, ale nie ujrzał ani spadającej dziewczyny, ani jej ciała leżącego wśród różanych krzewów.
    Było już ciemno, gdy Mitsuke zdecydował się w końcu wyjść z sierocińca. Schodził powoli po starych schodach, analizując dokładnie wszystkie zdarzenia tego wieczoru. Jego topazowe oczy ogarnęła pustka. Zdawał się być przybity i rozkojarzony.
Gdy wyszedł z budynku, poszedł prosto do krzewów, w których powinno znajdować się ciało Akitsu.
Zdziwił się niezmiernie, gdy ujrzał tam tylko niewielki świstek papieru. Podniósł go, po czym odczytał w myślach słowa:




Tonodoshi zdał sobie sprawę, że dziewczyna wciąż żyje. Nie wiedząc czemu, ucieszył się. Gdy się całowali, poczuł przedziwną więź łączącą go z nią. Więź pojawiającą się znikąd. Może to przeznaczenie? Zauroczenie? Musiał ją odnaleźć, chociaż nie wiedział, dlaczego i po co. 

   Zmierzał właśnie ku bramie wejściowej sierocińca. Cały czas czuł na sobie czyjś wzrok. Czuł, że ktoś lub coś podąża za nim. 
Nie mylił się.